Nowość zdjęcie Widok przez scenę. Felietony teatralne 2008-2017

Widok przez scenę. Felietony teatralne 2008-2017

Wydawnictwo:

ISBN/ISSN: 978-83-66124-07-5
Miejsce wydania: Warszawa
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 502
Oprawa: broszura

35,00 zł

więcej mniej

Konserwatysta to człowiek, który sprzeciwia się zmianom – tak długo,

aż staną się nieuniknione. Nie wymyśliłem tego zdania. Nie mogę sobie

przypomnieć, gdzie je słyszałem, ani wyśledzić źródła. Aliści podpisuję

się pod nim chętnie; wyraża to, co mi jest bliskie.

Cenię to, co i dla konserwatystów jest ważne. Ciągłość myślenia

o kulturze – i nie tylko o niej. Uwzględnianie w myślowej robocie tego,

co ktoś już wykombinował, niezakładanie, że każde własne myślątko

ma wymiar odkrycia. Niechęć do uproszczeń, do zerojedynkowych wizji

świata, do sloganów i manipulacji. Sympatię do stwierdzenia To nie jest

takie proste. Cenię tradycję – intelektualną, estetyczną, etyczną – choć

pilnuję się, by jej nie absolutyzować. Zwłaszcza wtedy, gdy ma tendencję

(a ma często) do przekształcania się w rutynę, w lenistwo poznawcze,

w bezmyślne tak było zawsze, więc tak jest normalnie. Nie nudzę się

z założenia czymś, co wydaje się staroświeckie; nudzę się czymś staroświeckim,

jeśli rzeczywiście jest nudne. A bywa, i nierzadko.

O wiele bardziej alergicznie reaguję jednak na ekstatyczne (i nieuleczalne

mimo tylu pouczających nieszczęść) ubóstwienie postępu. Owego

przodem do przodu (a tył też do przodu), jak mawiał lokaj i zamordysta

Edek u Mrożka. Na kult nowinek, których wartością ma być samo

to, że są nowe, a nie to, czy cokolwiek ważą w konfrontacji ze starym.

Sam fakt konfrontacji ma im gwarantować fory. Jeżę się na wszystkie te

mody artystyczne i intelektualne, stadne zachowania, które sprawiają,

że w kulturze coś się gremialnie nosi, coś się ceni, coś jest obowiązkowo

ważne. Na nowoczesny żargon, który łączy akolitów w koła wtajemniczonych

pełnych wyższości nad resztą zjadaczy kultury. Na łatwość

ogłaszania radykalnych przełomów, otwierających się epok i modernizacyjnych

przepracowań, które heroldowie postępu skłonni byliby wpoić

zacofanym współziomkom w drodze edukacji surowej i bezwzględnej.

Dla dobra edukowanych, rzecz jasna.

A nasz teatr cielęcym zachwytem nad każdą radykalną nowością i łatwością

stemplowania wszelkiej tradycji pieczątką „ramotka” grzeszy

namiętnie i powszechnie. Pewnie grzeszył zawsze, dziś nastąpiło jednak

w tym względzie potężne wzmożenie. Co więc ma w świecie sceny konserwatysta

do roboty?

Ano to, co w zdaniu na początku. Może oprotestowywać zmiany, może

też oceniać, które są rzeczywiście nieuniknione – bo odbiór kultury się

zmienia, choć niekoniecznie w doktrynerską, postępową stronę. Może

patrzeć, jak to, co wymyślili młodzi, gra z tym, co było dawniej, dostrzegać

nieoczekiwane indukcje i filiacje. Tudzież może samego siebie

do niektórych zmian przekonywać, swój tradycjonalistyczny łeb na nie

otwierać. Piszę o teatrze od czterdziestu lat, obserwuję go jeszcze dłużej.

Powiedziałem sobie kiedyś, że gdy się przyłapię na tym, iż wspomnienia

z przeszłości będą mi przysłaniały i dezawuowały każdy dzisiejszy artystyczny

twór – poszukam sobie innego zajęcia. Jeszcze do tego nie doszło.

Pisywałem recenzje w wielu czasopismach – w „Teatrze”, w „Twórczości”,

w „Polityce” (najdłużej, 16 lat), w „Przekroju”, w „Zwierciadle”; „Dialogu”,

w którym pracuję od 1984 roku nie liczę, bo recenzji sensu stricte

pismo nie zamieszcza. W 2008 roku Mieczysław Orski namówił mnie

na pisanie do wrocławskiej „Odry”. Pomyślałem sobie wtedy, że, mając

trochę więcej miejsca, niż go zwykle daje dziś prasa, spróbuję komentować

życie sceniczne, podkładając pod opisy współczesnych dzieł swoją

pamięć, swoje doświadczenie, swoją edukację z lat siedemdziesiątych,

czasu bardzo specyficznego w polskim teatrze i bardzo odmiennego od

zdarzeń dzisiejszych. Wzorem ówczesnych piszących, których uważam

za swoich mistrzów, pragnąłem też odnotowywać nie tyko dzieła sceniczne,

ale i ich kontekst – obyczajowy, polityczny, intelektualny. Który

to kontekst przez te dziesięć lat akurat zmienił się w stopniu dość osłupiającym.

Czy widać to w teatrze i w moim nań patrzeniu? Niech ocenią

Ci, którzy rzucą okiem na zgromadzone tu teksty.

Cykl „Intermedia” publikowany na łamach „Odry” zbliża się już do

setki. Książka prezentuje wybrane dwie trzecie zamieszczonych tam

felietonów.

Jacek Sieradzki